Biały Jar

Biały Jar – wyraźnie wykształcona nisza niwalna w pn. zboczu Równi pod Śnieżką w Karkonoszach (332.37), będąca zaczątkiem kotła polodowcowego.
NE 50.757541, 15.721721, ZOBACZ NA MAPIE
332.37 – Karkonosze

Górne krawędzie sięgają wys. 1350-1370 m, dno leży na wys. 1150-1200 m n.p.m.

Inne nazwy: niem. Seifengrube, pol. Czarci Jar.

Stanowi obszar źródliskowy Złotego Potoku.
Strome, trawiaste zbocza w górnej części porozcinane są żlebami w grubej pokrywie zwietrzeliny granitowej. Znany jest z długiego zalegania pokrywy śnieżnej. Na jego górnej krawędzi tworzą się ogromne nawisy śnieżne, co powoduje, że jest jednym z najbardziej lawiniastych i niebezpiecznych miejsc w polskich górach.

Zbocza porastają płaty kosodrzewiny i skarłowaciałe świerki. W B. J. występują bogate zespoły ziołorośli zdominowane przez miłosne górską (Adenostyles alliariae), modrzyka górskiego (Mulgedium alpinum) i borówkę czernice (Vaccinium mytriluś).

Ciekawostki
Do 1945 r. jego część była pomnikiem przyrody, a obecnie w całości leży w Karkonowskim Parku Nardowym. W średniowieczu prowadzono tu poszukiwania złota, o czym świadczy m.in. nazwa potoku.
W latach 1827-32 prowadzono roboty górnicze w dwóch szybach: „Gustav” i „Heinrich”, które osiągnęły po kilkadziesiąt metrów w głąb. Wydobywano z nich galen z domieszką srebra i minimalnych ilości złota.

W dniu 20.03.1968 r. w Białym Jarz zeszła ogromna lawina śnieżna o długości ok. 600 na, szerokości 80 m i grubości 12 m, która zasypała grupę turystów trawersujących jar nieoznakowanym skrótem. Zginęło wówczas 19 osób. Była to największa tragedia górska w Sudetach.

Poszukiwania ofiar lawiny, Biały Jar, 1968

Poszukiwania ofiar lawiny, Biały Jar, 1968

– Tragedia w Białym Jarze
20 marca 1968 roku w Białym Jarze zeszła lawina, porywając 24 osoby idące w jego poprzek. 5 spośród nich udało się uratować; pozostałych 19 – w tym 13 obywateli ZSRR, 4 obywateli NRD i dwoje Polaków – zginęło. Ostatnie ciała ofiar znaleziono dopiero 1 i 5 kwietnia.

W marcu 1968r. pojawiły się idealne warunki do zejścia tak dużej i ciężkiej lawiny.
Woda z wiosennego topnienia wsiąkała w grubą warstwę podłoża (rozdrobniona zwietrzelina granitowa i pojedyncze większe bloki) – dodatkowo podłoże nasączały szczelinowe źródła Białego Jaru. W drugiej dekadzie marca pojawiły się duże opady śniegu, a temperatura spadała poniżej zera. 13 marca zanotowano krótkotrwałe rozpogodzenia. Śnieg, uprzednio nasiąknięty wodą, uległ scementowaniu, a na jego powierzchnię spadły duże ilości świeżego, mokrego śniegu, na który z kolei nałożyła się kolejna warstwa śniegu suchego. Ta ostatnia warstwa miała zróżnicowaną gęstość. Kolejne opady i zamiecie spowodowały znaczące przeciążenie śnieżne stoków o sporym nachyleniu. Równowaga pokrywy śnieżnej została zachwiana, co zaowocowało niewielką lawiną (tzw. deską) już w dniu 17 marca. Opady śniegu i zawieje miały miejsce głównie w nocy, podczas gdy w dzień następowały rozpogodzenia i silne podgrzewanie słońcem. Powodowało to nadtapianie wierzchnich warstw śniegowych, a powstająca woda wsiąkała w głąb. Zamarznięte podłoże gruzowo-lodowe nie podlegało tym zmianom. W godzinach południowych 20 marca, przy znacznym nasłonecznieniu, nastąpiło gwałtowne oderwanie się wielkich mas śnieżnych (z tzw. nawisu) nad jarem, które zachwiały całym powyższym układem.

Tego dnia – mimo słonecznej pogody – ratownik Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego dzwonił do wszystkich ośrodków wczasowych w Karpaczu i prosił, żeby nie wychodzić na szlaki.

Ostatnie zdjęcie grupy Rosjan przed tragedią w Białym Jarze

Ostatnie zdjęcie grupy Rosjan przed tragedią w Białym Jarze

W Karpaczu przebywała grupa osób z Kujbyszewa w ramach wymiany polsko-radzieckiej. Kilka osób zostało w mieście – większość poszła w góry. Prowadzi ich Stefan Wawryniuk – 27-letni pilot – który nie miał uprawnień przewodnika górskiego. Sześciu mężczyzn ubranych w lekkie półbuty i płaszcze oraz dziewięć kobiet w pończochach, czółenkach i spódniczkach, z torebkami w ręku i chustkami na głowach.

Z powodu wiatru o sile 25 m/s wyciąg nie działał, ale radzieccy turyści zdecydowali się iść pieszo na Równię pod Śnieżką. Po drodze dołączyła do nich Helga Kusserow, młoda nauczycielka z NRD, wraz z Ingeborg Ringel, którą poznała dwie godziny wcześniej na szlaku. A potem jeszcze dwóch niemieckich narciarzy.

Około godziny 11 grupa zatrzymała się na rozwidleniu szlaków: w lewo biegł na Kopę, a w prawo, w poprzek Białego Jaru, odbijał do schroniska Strzecha Akademicka. Wtedy pojawiło się kilku Polaków. Wczasowiczki Janina P. i Maria R. przepuściły trzech starszych turystów, bo irytował je grający tranzystor jednego z nich. Poczekały, aż się oddalą. Już miałyśmy ruszyć dalej, gdy runęła lawina. Masy śniegu przeszły dosłownie kilkanaście kroków przed nami. Zobaczyłyśmy ginące w tej potwornej masie plecy turysty z radiem. Uskoczyłyśmy w lewo, chwytając się gałęzi. Było już cicho i strasznie – relacjonowała Maria R.

Helga Kusserow: Nikt z nas nie znał trasy. Ostrzegano nas, że jest niebezpieczeństwo lawinowe. Chcieliśmy tylko pójść trochę wyżej i się poopalać. Było tak spokojnie. Ingeborg szła jakieś trzy metry ode mnie. Nagle znikła.

Jeden z Niemców zdołał zbiec do stacji wyciągu i poinformować o lawinie.

Włodzimierz Fadiejew z Kujbyszewa powie potem: Stałem trochę z boku szlaku. Nagle poczułem silne uderzenie w głowę i plecy. Poniosło mnie i wlokło chyba 100 czy 150 metrów, zdarło ze mnie czapkę, buty, uderzało mną o drzewa. Czepiałem się ich, krzyczałem, ale nikogo już nie było. Potem był tobogan, karetka i szpital. Nikogo z kolegów, z którymi szedłem, już nie zobaczyłem.

Turystki z Łodzi pozostawiły swoją relację w księdze pamiątkowej domu wczasowego w Karpaczu: W tej samej chwili zadymiło, szurnęło mocno śniegiem! Całe zbocze przed nami rusza, rusza cała ściana śniegu wprost na nas! Skaczemy w lewo, w kierunku drzew. Siostra krzyczy: – Lawina! Do drzew, trzymajmy się! Tuż obok suną masy śniegu. Na naszych oczach wąwóz przestaje istnieć. Raptem widzimy, jak z drugiej strony wąwozu, z wolniej już płynącej lawiny, wyłania się człowiek, chwiejnie poruszając się, w stale jeszcze ruchomym śniegu. Wrzeszczymy do niego: – W górę! W górę! Nie słyszy, porusza się nadal w dół, niknie za drzewami. Wiatr wyje przeraźliwie, zagłusza wszystko. Obok nas, z góry, wyskakuje mężczyzna. W jesionce, bez buta. To jeden z Rosjan, którzy nas mijali. Jest cały.
– Gdzie reszta? – wrzeszczymy.
– Ja adin! Ja adin! – powtarza kilka razy. Biegnie w dół i ginie nam z oczu.
Staramy się wycofać, czepiając się gałęzi drzew. Wał śniegu przed nami jest wciąż groźny, przecież może znów ruszyć. Z dołu dobiegają Niemcy, pomagają nam wydostać się z zaspy. Wszyscy wiemy, że tuż za zakrętem znikło przed sekundami tylu ludzi. Gdzie oni są?!

Katastrofa trwała 48 sekund. Lawina przemieszczała się z szybkością sto kilometrów na godzinę a masa śniegu i lodu miała około 50 tysięcy ton.

Siedziałem z kolegami w knajpce w Karpaczu, kiedy na salę wbiegł kierownik lokalu: „Kto może, niech zabiera łopaty i zasuwa do Białego Jaru!” – opowiada Zbigniew Nakielski z GOPR. Wybiegł na ulicę: milicjanci zatrzymywali taksówki, samochody prywatne, autokary i kazali podwozić ochotników z łopatami na czarny szlak. – To było pospolite ruszenie, chętnych do pomocy było więcej niż aut. Nie czekałem, dałem z buta w górę.

Z pomocą przyszła czechosłowacka Horská sluzba. – Mam tu dług do spłacenia – mówił Bohumil Hofman, którego dwa lata wcześniej polscy ratownicy wydobyli spod lawiny w Kotle Łomniczki. Pierwsze ofiary znalazł właśnie pies z czechosłowackiej ekipy.

Nieistniejący pomnik ofiar lawiny z 20 marca 1968r.

Nieistniejący pomnik ofiar lawiny z 20 marca 1968r.

Wkrótce po zdarzeniu ustawiono w tym miejscu pomnik, zniszczony przez kolejną lawinę w 1974 roku.
Obecnie szlak biegnący przez Biały Jar jest zimą zamknięty dla ruchu turystycznego.

 

Źródła:
– Marek Staff (red.), Słownik geografii turystycznej Sudetów: Karkonosze, t.III, , PTTK Kraj, 1993,
– Aneta Augustyn, Największa tragedia w polskich górach, Wyborcza.pl Alehistoria.pl, 21.03.2016